niedziela, 31 stycznia 2016

CYRK ODJEŻDŻA


Prasa co raz donosi w triumfalnym tonie, że kolejne miasto zakazało cyrkowych występów przy udziale zwierząt. No bo przecież biedne zwierzątka się męczą, np. słonie muszą iść gęsiego trzymając się za ogony, potem stają na jednaj nodze, albo - o zgrozo - grają w piłkę. Foki o suchych pyskach kręcą piłkami na nosach, papugi przeklinają, a psy biegają na dwóch łapach. Ekstremalne sztuczki wyprawiają tygrysy i lwy, skacząc przez płonące obręcze, a już całkiem odchodzą od zmysłów, jak treserka wkłada im całą głowę do paszczy, a one właśnie wtedy chciałby kłapnąć zębami! Istne męki.
Źródło: https://www.flickr.com/photos/jmpznz/

Dobrze pamiętam, jak jako dziecko pilnowałem, aby nie opuścić żadnego cyrku, przyjeżdżającego do Warszawy. Właśnie najbardziej ekscytowały mnie zwierzęta - wszystkie, małe i duże, łagodne i drapieżne. Mogłem obejrzeć je z bliska, niemal na wyciągnięcie ręki, co w ZOO nie zawsze jest możliwe. Poza tym znajdowały się one w fazie niezwykłej aktywności, co w ogrodach nie ma miejsca. No i ten nastrój podniecenia i zagrożenia, gdy stawiano barierę z metalowych prętów, mającą chronić widownię przed atakiem drapieżnych kotów. Ha, kto tego nie doświadczył, pewnie już będzie mógł tylko poczytać o dawnych, barbarzyńskich cyrkowych czasach, jak my czytamy o walkach gladiatorów. Chyba że pojedzie na wycieczkę do Chin, oni pewnie nieprędko zrezygnują z tradycji.
Czy zwierzęta cyrkowe cierpią? Być może, gdy przebywają w ciasnych boksach, przewożone są w złych warunkach, albo zmuszane są do sztuczek, których nie lubią. Ale krańcowa antropomorfizacja nie ma sensu, bo ludzie reagują zupełnie inaczej niż słonie czy foki.
Cóż, świat się zmienia - sorry za truizm. Co jednak nie znaczy, że mamy do czynienia z permanentnym rozwojem, czy postępem, na każdym etapie. Zmiany, które obserwuję, raczej przypominają przypadkowe ruchy Browna - raz w jedną, raz w drugą stronę. Dotyczy to wielu dziedzin życia, także stosunków społecznych i politycznych. A zwłaszcza tzw. poprawności politycznych, szeroko rozumianych.
W tym kontekście ciekawy może być los niektórych publikacji naukowych. Bronisław Malinowski, znany antropolog, zasłynął głównie z dzieła p.t. „Życie seksualne dzikich”. Dzikich?! Kto tak dziś mówi? Może „autochton” - nie, to też brzmi podejrzanie. „Rdzenny mieszkaniec”, o, takie określenie być może zadowoli wszystkich.
A co z literaturą, tzw. piękną? W kanonicznych dziełach pokutują takie pejoratywne nazwy, jak Murzyn (powinno być Afroamerykanin, chyba że facet nie mieszka w Ameryce, wtedy nie wiadomo), albo - nie daj Boże - „Czarny”. Podobno już pracują całe sztaby cenzorów, uzdatniających klasykę w tym aspekcie, a także w wielu innych.
Wygląda na to, że cyrk na dobre odjeżdża - bo sami komicy i akrobaci nie przyciągną publiczności. Podobnie jak cyrkowe słonie, odejść muszą nieprzystające do naszych czasów określenia w literaturze i naukowej, i pięknej. A literatura o ogólnym nieodpowiednim wydźwięku, której nie da się „uwspółcześnić” bez napisania jej od nowa, zostanie zamknięta w archiwach. Nie na zawsze, bo kiedyś będziemy mieli inne problemy, ale wtedy będziemy też mieli inną literaturę.

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czarne chmury nadchodzą, jeśli pozycje HP Lovecraft, braci Grimm itp. zostaną zamknięte w archiwum, ze względu na niepoprawność/poprawność (nieistotne w sumie).

    OdpowiedzUsuń