czwartek, 23 sierpnia 2012

Z dyskiem w chmurach

Niejedne ideologiczne dyskusje o chmurze już się toczyły, więc dziś chciałbym napisać trochę o stronie praktycznej tej technologii. Gwoli ścisłości dodam, że nie chodzi o cumulonimbusy i burzową aurę, ale o przestrzeń dyskową i aplikacje osiągalne zdalnie, spoza naszego komputera.
Po pierwsze: chwalę sobie dostęp do chmury. Można tam robić backupy, ale ja wolę trzymać w niej wybrane dokumenty, do których chcę mieć dostęp z dowolnego miejsca. Ewentualnie robię szybki zrzut dopiero co napisanego tekstu, przez co zabezpieczam go i ew. mogę uzupełniać w domu, w pracy czy choćby z tableta lub smartfona.
Ponadto, można poprzez chmurę udostępniać pliki innym konkretnym osobom albo upubliczniać je, podając link na FB czy swojej stronie. Jest to wygodniejszy sposób niż przesyłanie załączników w e-mailach. Prezentowałem już w ten sposób zdjęcia z wakacji, udostępniając jeden katalog kilku osobom. Tutaj przykładowo udostępniam na Skydrive swoje zdjęcia z pustyni Negev i Jerozolimy (przy oglądaniu ustaw sortowanie wg nazwy). Jednak ogólnie doradzam ostrożność - w razie gdy właściciel serwera uzna nasze pliki za nieobyczajne czy inaczej godzące w poprawność, jest władny je skasować nieodwracalnie i bez uprzedzenia. Podobno zdarzały się także pomyłki. A więc jakąś bazową kopię warto jednak trzymać na dysku w domu.
No dobrze, o tych sprawach wiedzą (prawie) wszyscy. Powstaje jednak dylemat, co wybrać? Giganci sieciowi walczą o nasze względy, pchają się z darmowymi usługami. Google i Skydrive, dwóch największych, oferuje z grubsza to samo, choć są drobne różnice. Możemy je porównać tutaj, a podsumowanie wynikające z zestawienia cytuję w oryginale (można sobie przetłumaczyć w tłumaczu Googla, oczywiście jest to darmowa aplikacja w chmurze):
“There is one notable difference, with Skydrive, Microsoft will only use your content "solely to the extent necessary to provide the service" which means that it is used to maintain the product, not for advertising purposes. When you upload your content to Google, you are giving them access to use your work however they see fit. It should be noted that neither service is claiming ownership of your content.” A więc Googlowi dajemy licencję na nieograniczone nieodpłatne wykorzystanie, zachowując formalnie prawa autorskie. Należy nadmienić, że do Googla należą też popularne albumy Picasa.
Inne firmy udostępniają darmowe przechowalnie Dropbox i Evernote, jest jeszcze mnóstwo programów, często sprofilowanych bardziej na robienie notatek czy katalogowanie różnych plików i adresów. Polecam wygodny kalendarz Googla, synchronizujący się na wszystkich urządzeniach. Do przechowywania dokumentów radziłbym jednak Skydrive jako projekt najbardziej szanujący naszą własność - przynajmniej żadne wrzucone tam zdjęcie nie pokaże się w reklamie szamponu czy tatuażu. No i 7 GB darmowego dysku jest nie do pogardzenia.
Na koniec warto się chwilę zastanowić nad przyczynami, dla których koncerny inwestują w tego rodzaju darmowe przedsięwzięcia. Znów cytuję:
„Google already uses your content in many ways to deliver targeted advertising”.
A więc jasne - Google buduje bazę do adresowanej reklamy, co działa już na etapie używania przeglądarki, poza tym może wykorzystywać w swoich serwisach nasze zdjęcia i informacje. A Microsoft być może traktuje dyski Skydrive jak wartość dodaną do swojej oferty software’owej? Może to jest tuba, przez którą koncern przypomina nam o swojej wielkości?
Tak czy inaczej, w dzisiejszych czasach wiele ofert jest (musi być?) za darmo, ale tak naprawdę wokół tej „darmochy” snuje się widmo wartości dodanej, lub może skrycie odebranej. Jak przychodzi szczególnie duszna pogoda, nieraz nad ranem miewam złe sny - wydaje mi się, że kultura będzie wspomagającą wartością dodaną do produktów, których nie da się skopiować i rozsyłać światłowodami. Na przykład do koziego serka na zachętę dołączana będzie darmowa muzyka ludowa lub proza w rodzaju „Oberków”, do czekolady „milka” flash z tyrolskim jodłowaniem, do wołowiny krwawe thrillery Mangi, do telewizora wszystkie antologie „Fabryki”, a przy kupnie dowolnego samochodu marki Toyota otrzymasz komplet dzieł Sapkowskiego, Pilipiuka lub Silverberga, do wyboru. I nie pytajcie, dlaczego akurat te produkty i ci autorzy. Sny nie są racjonalne.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza