Hiszpańska mucha i cyrki w Pirenejach
Zapowiadałem kilka wpisów wcześniej swoją wyprawę do rezerwatu Monte Perdido, no więc: byłem, zobaczyłem, opisałem. Opis będzie soft-ref , wszak ten blog z założenia jest refleksyjny, zaś w innym miejscu dam reportaż hard-rep (jeśli dam). No bo chęć i czas być muszą, i to pospołu. Gładki lot, Barcelona, lotnisko, samochód. Wszystko idzie nad podziw sprawnie, dzięki GPS-owi pomykam przez dżunglę autostrad jakbym tu mieszkał od dziesięcioleci i na dodatek był renomowanym dostawcą viagry . Nie wiadomo kiedy wsysa nas nitka płatnej autopisty , zachciało mi się krótszej drogi. Miła panienka z auto-okienka wyjaśnia, że to przecież Katalonia ( Cataluuunya ), jakby niczego więcej nie trzeba było dodawać. Potem gnamy dziesiątkami kilometrów przez płasko-wilgotne pola pełne upraw, silosów, fabryk drobiarskich (no tak, coś maszynowo robią tym kurom), rozlewni coca-coli. Smród przemysłowo-rolno-zoologiczny ściele się jak gaz bojowy z Wojny światów , na dodatek zapada zmrok. I to ma być urlo...